poniedziałek, 17 lipca 2017

Rozdział XV: Bliskie Spotkania Trzeciego Stopnia



Odwracam głowę i widzę blondyna, siedzącego przy moim łóżku. Na jego twarzy nie odnajduję śladu złości, czy niechęci. Trevor patrzy prosto w moje zaspane oczy, jednak nie mogę nic odczytać z jego zimnych oczu. Jakby nie miał w sobie żadnych uczuć, czy emocji. Nie wiem czemu, ale poruszam się niespokojnie. Jestem zdezorientowana.
—  Co tutaj robisz? — pytam z ożywieniem i próbuję usiąść na łóżku, od razu czuję ból na całym ciele. Jednak nie jest on jakoś mocno uciążliwy, co jeszcze bardziej mnie dziwi. Trevor patrzy mi w oczy beznamiętnie, przez co czuję się skrępowana.
—  Straciłaś przytomność. —  Robię zdziwiona minę. — Byłaś poobijana, nie maiłem wyboru, musiałem cię u przynieść. Jak się czujesz?
—  Jakbym bardzo długo spała. Wszystko mnie trochę boli, ale przeżyję —  uśmiechnęła się lekko, jednak on na to nie reaguje.
—   Gdybyś nie była aż tak lekkomyślna...
—   ...Słucham?! — podnoszę głos, bo on jak zwykle nic nie rozumie. Jak śmie oceniać mnie i to, co robię, po tych wszystkich tygodniach, gdy nie był w stanie powiedzieć mi czegokolwiek?! — Chyba sobie żartujesz! — Momentalnie czuję, jak wzbiera we mnie wściekłość. Nie wiem dlaczego, ale zaczynam się dusić i kaszleć gwałtownie.
— Uspokój się, księżniczko i lepiej oddychaj, bo znów będę musiał cię ratować.
—  Czyli, że to ty...
— Słuchaj Ellen, powinnaś uważać. Rowley ostrzegał cię przed niebezpieczeństwem. To już nie są żarty — mówi z pełną powagą.
— Ostrzegał mnie przed niebezpieczeństwem, a w następnej chwili wystawił mnie za drzwi i kazał radzić sobie samej. I to ja jestem lekkomyślna. — Unoszę dłonie w ironicznym geście.
— Rowley to idiota.
— Nie mów tak.
Trevor rzuca mi kpiące spojrzenie.
— Gdzie on jest? — pytam po krótkiej i niezręcznej chwili ciszy. Trevor marszczy brwi.
—  Rowley? Nie ma z nim kontaktu od wczoraj.
Czuję, że pod moją skórę napływa fala gorąca. Trevor nadal nie jest szczególnie poruszony. Nie wiem czemu jestem aż tak naiwna, myśląc, że uratuje też Asha.
—  Był ze mną w tunelach! Muszę go stamtąd wyciągnąć!
—  Nigdzie się stąd nie ruszasz — mówi Trevor władczo. Momentalnie ignoruję ten nakaz. Natychmiast zrywam się z łóżka i odpycham koc. Muszę przecież odnaleźć Asha, który spędził w tunelach całą noc. Może być okaleczony, może umierać w zimnej celi. W jednej z takich, w której sama byłam przetrzymywana. W mojej głowie panuje chaos. Co mam teraz zrobić, aby go ocalić? Przecież to właśnie przeze mnie Ash tam poszedł. Trevor, widząc, że zbieram się do wyjścia, podchodzi do mnie. O mały włos nie upadam do tyłu, bo nawet nie myśli, by zostawić odpowiedni odstęp między nami. Co za tupet!
—  Nie rozumiesz, Ellen, musisz tutaj zostać —  szepcze władczym tonem, niemal stykamy się nosami. Próbuję go ominąć. Przecież nie mogę pozwolić, by stanął na mojej drodze. Czuję się odpowiedzialna za Asha, który cierpi w ciasnych tunelach, właśnie przeze mnie. Trevor zagradza mi drogę. Patrzy na mnie z góry wzrokiem, który nie zna sprzeciwu. Chwyta mnie mocno za nadgarstki i przyciąga bliżej siebie. Jestem równie mocno wściekła, co zdezorientowana. Patrzy w moje zielone oczy i nic nie mówi, jakby samo jego groźne spojrzenie miało postawić mnie na baczność. Zaczynam się szarpać i udaje mi się wyrwać z tego dziwacznego uścisku i w tym momencie dzieje się coś nieoczekiwanego. W dłoni Trevora pojawia się dosłownie znikąd dziwny podłużny przedmiot. Cofam się o kilka kroków, bo na prawdę nie wiem co zaraz się stanie. Wszystkiego mogę się spodziewać. Przedmiot zaczyna jarzyć się jasnym światłem i momentalnie się wydłuża, jakby jakiś mechanizm się rozkładał. Po chwili w jego dłoni dostrzegam włócznię. Prawdziwą, długą, biaą włócznię zakończoną dziwacznym ostrzem w kształcie półksiężyca. Między jednym, a drugim końcem ostrza przeskakują żółte iskry.
— Nigdzie się stąd nie ruszysz, dopóki ci nie pozwolę — odzywa się i niemal jestem w stanie wyczuć teraz tą potęgę, jaka od niego bije. Przyznam szczerze, trochę zaczynam się bać. Trevor podchodzi o krok do mnie i czuję, że z każdym jego krokiem, ja staję się malutka, zapadam się w sobie. Blondyn wymierza włócznię w moim kierunku, a iskry przeskakują teraz jeszcze szybciej. — Nigdzie się stąd nie ruszysz, dopóki ci nie pozwolę — powtarza to samo i widzę jak kilka iskier mknie właśnie w moją stronę. Zamykam oczy i zasłaniam głowę rękami.
Nigdzie się stąd nie ruszę... Nigdzie się stąd nie ruszę. Nigdzie się stąd nie ruszę. W kółko ta myśl wierci mi dziurę w głowie. Nie mogę myśleć o niczym innym. Napełnia mnie dziwna świadomość, że nie mogę wyjść z tego pokoju. Nigdzie się stąd nie ruszę... Opadam nagle na łóżko i czuję obok siebie szybki ruch powietrza. Rozglądam się na boki, Trevora już nie ma.

~*~

Ash opada z sił. Jego głowa wisi bezwładnie na ramionach, a twarz ma wykrzywioną z bólu. Skóra jest poparzoną od płynnego polluxa. Na pewno już czuje zbliżającą się śmierć, a co gorsza, nie zapowiada się, że ktoś przybędzie mu z pomocą. Czy zagłusza natrętne głosy w głowie, które wołają — to już koniec, umierasz! Być może jednak ma jeszcze nadzieję, że wydostanie się, że ja jestem cała i zdrowa.
Lewal stoi nad Ashem z coraz większą rządzą mordu. Napawa się jego bólem. Triumfuje. To w jego rękach jest teraz życie i śmierć. On decyduje o ostatnim tchnieniu Rowleya. Jest panem i w końcu rządzi.
Ash mruczy coś niezrozumiałego. Po jego twarzy i bezwładnym ciele widać, że nie daje już rady. Przez jego umysł na pewno przemykają coraz głośniejsze myśli, że to już koniec. Nikt go nie uratuje...
Nagle słyszę czyjś wrzask, dochodzi gdzieś z daleka. Ash nie zwraca na to uwagi. Jednak zaraz zmusza się do podniesienia wzroku na Lewala. On także usłyszał ten dźwięk, bo porusza się niespokojnie na przeciwko Rowleya.
— Zamierzasz mnie zabić? — szepcze zachrypniętym głosem, ale donośne echo toczy się po otoczonej kamieniem przestrzeni.
— Zbliżam się do tego — odpowiada beznamiętnie Lewal, który ponownie rozsiada się w swoim fotelu i ogląda cienki sztylet z wielkim zainteresowaniem. Ash próbuje jakoś zając jego uwagę. Nagle wszyscy słyszymy drugi wrzask. Lewal tym razem otwiera ciężkie drzwi, które skrzypią głośno. Wychylam się zza jego pleców, by móc cokolwiek zobaczyć. Dobrze wiem, że nie mam żadnego wpływu na to, co dzieje się w celi. Jednak mimo to, chcę wszystko widzieć. W korytarzach jest ciemno i cicho. Lewal już ma powrócić do celi, gdy słyszymy kolejny rozdzierający powietrze wrzask.
— Harsh?! — nawołuje. Widać na jego twarzy zdenerwowanie. Lewal wchodzi z powrotem do celi, nie zamyka jednak drzwi. Ash chyba traci ostatnią nadzieję. Jego głowa zwisa już bezsilnie na ramionach. Krew, czarna jak smoła spływa ciurkiem po jego czole. Nagle czuję szybki ruch powietrza. Ash nie miał siły unieść już głowy, aby obserwować sytuację, jednak ja widzę wszystko wyraźnie. Słychać jęk Lewala, trzask kości i upadek bezwładnego ciała na podłogę. Jestm w szoku, że w ułamku sekundy był w stanie znokautować Lewala.
—  Rowley... — Przed nim stoi Trevor, a w dłoni ma tą samą białą włócznię z żarzącymi się iskrami na końcu ostrza. Patrzy na niego kpiąco. Ash wygląda jak wrak człowieka. Blondyn podchodzi bliżej niego i jednym ruchem zrywa łańcuch, oplatający jego klatkę piersiową. Tak samo robi z blokadami na rękach i nogach. Widać, że stalowe więzy nie są dla niego większym problemem. Trevor wzdycha teatralnie i wyciąga z kieszeni niewielką buteleczkę z czerwonym płynem, po czym wlewa jej zawartość do gardła Asha. Z zainteresowaniem przyglądam się tej scenie. Z każdą minutą rany Rowleya zaczynają się goić i znikają, także oparzenia na jego twarzy bledną. Mija kwadrans i Ash wraca do normalności.
—  Co TY tutaj robisz? — pyta zdziwiony brunet, ale dziękuje nawet za ratunek.
—  Powiedzmy, że byłem w pobliżu. — Trevor trącając butem Lewala, ocenia jego stan, a Ash w tym czasie wstaje na nogi. Muszę się odsunąć pod ścianę, bo nie wiem co stanie się, gdy któryś z nich na mnie nadepnie.
— Czy ty podałeś mi arnikę? — Głos Asha wskazuje na to, że ma mu to za złe. Trevor skina tylko głową, nie odwracając wzroku od Welstora, który leży na ziemi. — Oszalałeś?! Przecież jej nie można spożywać, to się kładzie na obrażenia, głupolu.
Trevor wstaje z ziemi i rzuca Ashowi władcze spojrzenie.
— Dobrze się czujesz? Wyglądasz kwitnąco, więc pomogło? Pomogło. Odczep się, bo uratowałem ci życie.
Rowley zakłada ręce na pierś i robi buntowniczą minę. Wygląda jak nadęte dziecko.
—  A co z nim? Zabiłeś go? —  pyta brunet, wskazując na ciało Lewala, które pozostaje nieruchome.
—  Nie, obezwładniłem go na moment. Lepiej już chodźmy — odpowiada i bez czekania na jakiekolwiek zbędne uwagi Asha, wychodzi pierwszy z celi.
—  Muszę znaleźć Ellen! —  przypomina sobie Ash, gdy idzie już ciemnym tunelem.
—  Ona jest cała i bezpieczna.
—  Jak to? Uciekła?
—  Tak... — postanawia zakończyć na tym wyjaśnienia. Błądzimy przez jakiś czas w korytarzach. Trevor zapewnia, że pamięta drogę powrotną, ale mimo to czarny tunel ciągnie się w nieskończoność. W pewnym momencie słyszymy czyjeś kroki, a nawet kroki kilkunastu osób, które szybko zmierzają w naszą stronę. Ash rozgląda się dookoła. Nagle z korytarza, którym idziemy, wyłania się Lewal, cały i zdrowy, jak nowo narodzony.
—  Nie powinieneś się tutaj pokazywać — syczy wrogo w stronę Trevor. Ten patrzy na niego poważnie i lekko przekrzywia głowę na bok, jakby się nad czymś zastanawiał. W jednej chwili na jego ustach pojawia się kpiący uśmieszek, tak bardzo charakterystyczny dla niego gest. Ash odwraca się do nich plecami i widzi nadchodzących ludzi z drugiej strony. Jest ich więcej niż tuzin. Trevor i Lewal stoją nieruchomo. Addington ma w oczach prowokację, a Lewal z kolei niepewność, jakby bał się zaatakować go pierwszy. Mężczyźni z drugiej strony także czekają, wpatrzeni w blondyna. Ash pod wpływem impulsu i trwającej, głuchej ciszy rzuca się na Lewala. który jednak jest przygotowany na takie ewentualności i w ostatniej chwili wyjmuje cienki sztylet. Z niepokojem obserwuję z boku całą akcję. Trevor widząc taki obrót sprawy przejmuje dowodzenie. Kieruje włócznię w stronę Lewala i słup żółtych iskier natychmiast uderza w jego ciało. Iskry tańczą przez kilka sekund po ciele Welstrora, który wygląda jakby był rażony prądem. Trevor zdążył w ostatniej chwili, gdyby zwlekał dłużej, Asha ugodziłby śmiercionośny sztylet.
Na ustach Lewala zastyga wredny uśmieszek. Tłum mężczyzn, widząc to z nienawistym rykiem rzuca się na Asha i Trevora. Odskakuję z piskiem i upadam na ziemię. Tłumy kurzy wznosza się do góry i uniemożliwiają mi obserwację. Szybko podnosze się i szukam ciemnej czupryny Asha, albo świetlistej broni Trevora, jednak mieszanina ludzi i ich wrzasków jest tak intensywna, że nic nie widzę. Rozpętuje się prawdziwa walka. Po kilku minutach, gdy kurz opada, jestem dopiero w stanie rozpoznać Trevora, którego jasne włosy wyróżniają się na tle ciemnych głów. Blondyn rusza szybko na prawe skrzydło i zaczyna przeszywać włócznią wszystkich, którzy próbują go zaatakować. Jestem w szoku, gdy widzę, jak ugodzone ciała wrogów rozsypują się w drobny mak. Zostaje po nich tylko garstka popiołu.
Ash broni się po lewej stronie. Wrogowie mają przewagę liczebną. Rowley jest w o tyle gorszej sytuacji, że nie ma przy sobie żadnej broni, może liczyć tylko na swoje pięści. Kilka razy widzę, jak skręca kark któremuś z napastników, jednak, z tego co widzę, to nie zatrzymuje ich na długo. Po kilku minutach, jak gdyby nigdy nic, wstają i walczą dalej. Dlaczego do tego dopuściłam?! Jakim prawem wystawiam go na takie niebezpieczeństwo? Gdybym nie poszła do tej biblioteki... Mogłam przecież wziąć kogoś ze sobą. Wiem, że Jules w tym siedzi, dlaczego jej nie poprosiłam, by ze mną poszła?! Teraz mogę tylko pluć sobie przez to w twarz i mieć wiarę, że uda im się stąd wydostać. Z obawą obserwuję Asha, który mimo determinacji na twarzy, chyba traci zapał w sercu. Tylko Trevor, za pomocą swojej włóczni jest w stanie na dobre rozprawić się z wrogiem.
Po kilkunastu minutach walki, w końcu wszyscy są pokonani. Trevor sprowadza do nicości swoich napastników i następnie podchodzi do leżących ludzi, których na moment wyłączył z gry Ash. Blondyn w kilka chwil przebija ich ciała włócznią. Tak, jak pozostali, rozsypują się w pył. Ani Ash, ani Addington nie słyszą już zbliżających się kroków.
Dopiero po chwili rozpoznaję, że ostatnie leżące ciało należy do Lewala. Marszczę czoło. Dlaczego Trevor go nie unicestwił? Obserwuję, jak blondyn podchodzi do Welstora i trąca go butem. Następnie szybkim ruchem przebija go włócznią, jednak Lewal nie znika. Nic się nie dzieje. Dlaczego?
—  Ile razy mam ci jeszcze uratować życie, Rowley? — pyta kpiąco Addington, jednak Ash tylko się krzywi i udaje, że nie słyszy pytania. Zaczynają iść przed siebie, a ja podążam za nimi. W końcu trafiamy na ostry zakręt, za którym jest jaśniejszy punkt. Wychodzimy z tych przeklętych tunelów na łąkę. Niebo zachodzi już szarością. Spod osłony horyzontu ucieka jeszcze kilka złotych pasm. Ash podnosi głowę i oddycha głęboko.
—  Idź do Ellen, martwiła się o ciebie — odzywa się obojętnie Trevor, a włócznia w jego ręku zaczyna się kurczyć i ponownie przyjmuje kształt niewielkiego sztyletu. Ash skina głową i przygląda się mu w skupieniu. Widzę w jego oczach jakiś niewyraźny żal i zaczynam zastanawiać się dlaczego on nie posiada takiego cacka.
— Dlaczego po nią przyszedłeś?
Addington zwraca ku niemu spojrzenie. Milczy, a jego twarz jest bez wyrazu, jak zwykle. Jestem bardzo ciekawa jego odpowiedzi, ale niestety nie jest mi dane ją usłyszeć. Po chwili Trevor odwraca się po woli. Pozostaje głuchy na pytanie Rowleya, odchodzi w ciszy. Ash zaczyna coś krzyczeć, jednak nie słyszę już niczego. Obraz zaczyna zamazywać się przed moimi oczami, jakby obraz w telewizorze zaczynał śnieżyć. Tracę zasięg... Znów wracam do siebie.

~*~

Siedzę na parapecie, obserwuję nocny krajobraz i rozmyślałam. Czy Ash jest bezpieczny? Gdzie odszedł Trevor? Czy to wszystko w ogóle wydarzyło się na prawdę? Po "powrocie" obudziłam się w swoich łóżku w Redbricks i wszystko wydaje mi się snem. Nie... To niemożliwe, żeby mi się to przyśniło. Te walki, cierpienie Asha i unicestwianie wrogów przez Trevora. To musiało się stać!
Nagle słyszę gwałtowne pukanie do pokoju. Robi mi się gorąco, ale mimo to, podnoszę się i podchodzę do drzwi, by otworzyć je ostrożnie. Na progu widzę wycieńczoną twarz Asha. Na szczęście jest w jednym kawałku, jednak ma rozwalony łuk brwiowy i kilka siniaków na twarzy. Nie widziałam tego w tunelach, gdy byłam z nimi mentalnie.
—  Ash... —  szepczę uśmiechnięta i momentalnie wpadam mu w ramiona. Rowley chowa twarz w moje włosy. —  Jak udało ci się uciec? — pytam, odsuwając się od niego po chwili. Muszę sprawdzić, czy ta cała wizja, wydarzyła się na prawdę.
—  To był Trevor — odpowiada z lekkim zniechęceniem i milknie na chwilę. —  Pomógł mi z Lewalem. Tak na prawdę, to uratował mi dziś życie — przyznaje. Nagle czuję ciepło w sercu, że widzę go całego, że oprócz tych kilku zadraśnięć, nic mu nie jest, żyje. Czyli, że to wydarzenia z tuneli wna prawdę miały miejsce i ja byłam prz tym obecna duchowo. Nie wiem, czy napełnia mnie to fascynacją, czy przerażeniem. Chyba po części jednym i drugim. Wiem na pewno, że byłam świadkiem całej akcji i jestem winna Trevorowi wielkie podziękowanie za uratowanie mnie ale także za pomoc Ashowi. Co, jak co, ale nie spodziewałabym się po Trevorze takich heroicznych czynów. On przecież troszczy się tylko o siebie i o Jules. Mam u niego spory dług i wiem, ze wkrótce przyjdzie czas, aby go spłacić.
Ash nie spuszcza wzroku ze mnie. Widzę na jego twarzy uśmiech, co dziwnie wygląda w połączeniu z krwawiącą brwią. Musi być zadowolony, że nic mi nie jest. Ja odwzajemniam ten szczery uśmiech, bo też cieszę się, że i on wyszedł z tego cało.
—  Gdzie on jest? — pytam, mając na myśli blondyna.
— Nie wiem. Odszedł w stronę zachodzącego słońca. Dosłownie... — mówi ironicznie
—  Jak to, odszedł?!
Ash patrzy na mnie zdziwiony.
— Przymusił mnie, abym nie wychodziła! — żalę się. — Nie wiem, jak to zrobił, ale machnął tą swoją włócznią i jestem jak zaklęta. Nie mogę wyjść z pokoju.
Cała wdzięczność nagle ze mnie odpływa, a jej miejsce zastępuje tak dzika złość, że sama się przerażam. Do mojej głowy wpływają od razu obrazy rozwścieczonej mnie w postaci Ivaso z przeszłości. Potrząsam głową, by się uspokoić. — On musi tutaj natychmiast wrócić i to odwołać — żądam już spokojniej.
— Ellen, uspokój się — prosi zdezorientowany Ash. — Usiądź. — Posłusznie zajmuję miejsce na materacu i uspokajam się nieco. Ash siada zaraz obok i obejmuje mnie ramieniem.
—  On nie mógł tak po prostu odejść... —  wspominam ponownie, tym razem z żalem i smutkiem. Perspektywa spędzenia nieokreślonego czasu w tym pokoju, budzi u mnie niepokój. — Jutro mam test z angielskiego. Wiesz jaki jest Moriarty. On mnie nienawidzi. Będę miała przechlapane... — jęczę, czując ciepło jego ciała.
— Wiesz, głupi test jest ostatnią rzeczą, która powinna cię teraz obchodzić. Nie martw się Trevorem, znajdę go i jak będę musiał, to przyciągnę go tutaj za tlenione kudły — śmieje się Ash. Podnoszę głowę i też się uśmiecham.
— Od kiedy jesteś takim wojownikiem? — pytam ze śmiechem, odsuwając się od Rowleya.
— Dla ciebie, od zawsze, madame — szczerzy się pokazując zęby. Chyba cała nowa rzeczywistość jeszcze do mnie nie dociera. Walki, włócznie, wrogowie i przyjaciele... Za dużo tego wszystkiego.
— Słuchaj, ty bardziej ogarniasz tą całą sytuację. Powiedz mi, czy to jest normalne, że umiem przenosić się w różne miejsca, ale tylko, jakby... mentalnie?
Ash marszczy czoło.
— To znaczy?
— Gdy Trevor cię dziś uratował, byłam z wami w tunelach. Widziałam, jak walczyliście z tymi ludźmi, jak Trevor sprawił, że rozpadli się w proch. Stałam cały czas obok was, ale nikt mnie nie widział.
— Może to był tylko sen — odpowiada wątpiąco, Ash.
— Sen? Skąd wiedziałabym, że Trevor rozsypał tych ludzi w pył? Poza tym, widziałam, jak podawał ci w celi czerwony płyn, arnikę, tak?
Rowley otwiera szerzej oczy.
— To była jednorazowa sytuacja? — pyta Ash bardzo zaskoczony, perspektywą, że ja na prawdę tam byłam. Kręcę głową przecząco.
— Znam tylko jedną osobę, która jest w stanie przenosić się niematerialnie w różne miejsca i na pewno nie jesteś to ty.
Przełykam głośno ślinę.
— Więc kto?
— Ktoś kogo oboje nienawidzimy. Lewal Welstor.
Robię zdziwioną minę. Dlaczego więc ja też mam taką możliwość? Czy to przez to, że dźgnął mnie swoim sztyletem?
— Kiedy zdarzyło ci się to pierwszy raz?
— Bo ja wiem... Przed porwaniem nie doświadczałam takich rewelacji. Miałam te koszmary, które chyba są wspomnieniami, ale jeszcze nigdy nie wyszłam z ciała, by pojawić się w zupełnie innym miejscu.
— To nazywa się bilokacja. Lewal z tego korzystał, by szpiegować, na przykład ciebie, ale też mnie i ogólnie Klariuszy. Czy kiedyś czułaś, że ktoś cię obserwuje, ale nikogo nie było widać? Albo jakiś kształt znikał dosłownie w sekundę? — Nie potrzebuje mojej odpowiedzi, bo doskonale wie, że tak miałam. — Masz większe wyczucie niż inni i dlatego mogłaś go czasem na sekundę zobaczyć lub nawet usłyszeć. On był tam tylko mentalnie, tak, jak ty dzisiaj byłaś w tunelach, ale cię nie widzieliśmy. Pozostaje tylko jedna kwestia. Jak ty, do cholery to zrobiłaś? — Ash patrzy na mnie badawczo, jakby oczekiwał, że odpowiedź znajduje się gdzieś na mojej skórze. — Lewal mógł być w dwóch miejscach na raz dzięki konkretnemu przedmiotowi, który ma w sobie zaklętego polluxa.
Nagle mnie olśniło. Zaczynam szarpać się za kieszeń spodni. Muszę wyglądać dziwacznie, bo Ash łapie mnie za ramiona. Zaraz jednak wyciągam pierścień z dużym kamieniem i pokazuję go Ashowi.
— Czy to mógł być taki przedmiot? Wypadł Lewalowi, gdy mnie przycisnął do ziemi. Nie zauważył, więc wzięłam go z myślą, że może mi się przydać, że to jakaś broń.
— Tak, to dokładnie to! Ten pierścień jest od pokoleń w jego rodzinie.
— To znaczy, że też w twojej.
Ash kręci przecząco głową.
— Nie jesteśmy rodziną. Powiedziałem ci tak, by nie mieszać bardziej w twojej głowie. Nic mnie nie łączy ani z Lewalem, ani z jego podłą rodziną.
— Muszę przyznać, że trochę mi ulżyło — uśmiecham się.
— Nie przejmuj się pierścieniem i tymi podróżami. On tak działa, gdy masz go przy sobie. Z czasem można to okiełznać i mieć wpływ na moment przeniesienia i powrotu, ale radziłbym ci, żebyś zostawiła go w spokoju. Ma niemiłe skutki uboczne. — Kiwam głową i ostrożnie kładę pierścień na dnie szuflady w szafce nocnej. Zaraz potem przenoszę wzrok na rozwalony łuk brwiowy Asha.
— Trzeba się tym zająć, Ash. Nie wygląda dobrze. — Opuszkiem palca dotykam zranienia, a Rowley syczy cicho.
— Nie ma potrzeby, sam to ogarnę.
— No, no, pan wojownik się odezwał. Daj chociaż raz sobie pomóc, Jerry. —  Nie czekając na jego protest, sięgam po to, co mam pod ręką. Wylewam trochę wody z butelki na chusteczkę i podchodzę z powrotem. Ash wciąż siedzi na łóżku, więc podnoszę lekko jego brodę i wolno oczyszczam ranę. Skupiam się, bo chcę być dokładna i nie sprawiać mu bólu. Jednak, po chwili zauważam, że intensywnie się we mnie wpatruje, więc też patrzę mu w oczy, nie przerywając poprzedniej czynności. Jego spojrzenie jest tak przenikliwe i mam wrażenie, że pochłania mnie w całości. Zwracam wzrok na jego wargi, ale od razu odwracam spojrzenie i znów całą swoją uwagę skupiam na oczyszczeniu rany. Nagle czuję, że ten pokój jest uciążliwym więzieniem, że dusze się w nim. Robi się tu bardzo ciasno i gorąco. Czuję się nieswojo i szybko kończę moją małą operację, odsuwam się od Asha.
— Ellen...
Pomimo wszystkich myśli, wszystkich głosów, które krzyczą we mnie, że to nieodpowiednie, że czuję to i pragnę tego tylko dlatego, że coś nas kiedyś łączyło, jednak ponownie podchodzę o krok. Patrzę mu w oczy. Czy to możliwe, że wcześniej nic takiego nie czułam, a teraz wszystko się zmieniło, bo poznałam prawdę o Ivaso? Czy to jest powód? A może po prostu cieszę się, że on żyje i w końcu moje prawdziwe uczucia wypłynęły na powierzchnię? Jego spojrzenie mówi — "no dalej, chodź tutaj do mnie!". Zerkam jeszcze raz na jego usta. O konsekwencjach czegokolwiek będę myśleć jutro, o ile w ogóle dożyjemy jutra. Ash wstaje i teraz to on podchodzi do mnie o krok. Delikatnie chwyta moją twarz i teraz jest tak blisko, jak nigdy wcześniej. Przymykam oczy. Przez chwilę gładzi kciukiem mój policzek, a następnie pierwszy raz składa pocałunek — subtelny, delikatny, niczym dotknięcie płatka róży. Jestem wręcz w stanie wyczuć jego całą tęsknotę. Ile lat marzył o tym jednym pocałunku? Ile razy wyobrażał go sobie w samotne wieczory? Kolejny raz wpija usta w moje, teraz już zachłanniej, jakby starał się zatrzymać mnie przy sobie. Ale ja nigdzie nie idę, stoję tak w jego objęciach i nic już nie ma znaczenia. Jesteśmy tylko my.
Odsuwamy się po chwili od siebie, ale cały czas patrzymy sobie w oczy. Widzę wyraźnie, że jego bursztynowe tęczówki płoną. Ciekawe co on widzi w moich. Z jednej, strony czuję na dnie serca, że to jest nieodpowiednie. Mimo to, moja druga strona walczy, aby ta chwila trwała dłużej. Spojrzenie Asha pyta — "co jest nie tak?". Nie odzywam się, bo nie znam odpowiedzi, nie chcę też go zranić. Wiem, że on mnie kocha i to od bardzo dawna. Kochał jeszcze przed naszym spotkaniem, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. Nie muszę się nad tym głowić, bo to prawda. Wszystko zależy teraz ode mnie. Patrzę w jego oczy.
— Nie chcę cię do niczego zmuszać Ellen. Czekam na ciebie od setek lat i nie przestanę — uśmiecha się do mnie i widzę w jego oczach wielką miłość. Chwyta moją dłoń i splata nasze palce. Brakuje tylko kilku sekund, a odizoluję się od Rowleya. Przecież on mnie nie zna, wie tylko kim była kiedyś Ivaso, zanim matka wyprała jej mózg. Spuszczam głowę, ale mimo wszystkich 'za' i 'przeciw' postanawiam zaryzykować. Przecież i tak nie mam nic do stracenia. Zupełnie nic. Robię krok w stronę Asha. Łapię jego czarną koszulę i przyciągam do siebie. Przez ułamek sekundy widzę jego dołeczki w policzkach, gdy się uśmiecha, a potem znów łączymy się w pocałunku.




Booom! Co sądzicie? Szczególnie jestem ciekawa Waszych opinii o końcówce. Spodziewane? Wyczekiwane? Nie? Mam nadzieję, że nikt nie zacznie we mnie rzucać pomidorami. :D Piszcie!


+ zrobiłam pierwszy zwiastun do NSS, oto on! Co myślicie? :)




5 komentarzy

  1. Pomidorami rzucać nie będę, bo szkoda. Lubię pomidory.
    Nie no, żartowałam. Nie ma żadnych powodów do wylewania pomyj, bo rozdział bardzo mi się podobał ;) Miałam go przeczytać już wcześniej, ale z czasem u mnie cienko :P No, ale przechodząc do samego rozdziału.
    Trevor jest dla mnie trochę dziwny. Niby wszystkim pomaga, ok, ale jest wrogo nastawiony do każdego. No, nie do Jules, ale z nią też często ostro jedzie. Najbardziej ciekawi mnie to co sprawiło, że taki jest.
    Odnośnie końcówki, to tak, spodziewałam się tego ;) Nie miałam specjalnych oczekiwań odnośnie czasu, ale wiedziałam, że w końcu się zejdą. Widać, że coś między nimi jest, choć Ellen nie ma pewności czego chce. Przeszłość przeszłością, ale Ellen to nie Ivaso, prawda?
    Broń Trevora sprawiła, że cała ta banda rozpadła się w proch, ale Lewal nie. Jak na moje oko to koleś ma jeszcze kilka asów w rękawie i tak łatwo się go nie pozbędą ;)
    No i jeszcze zwiastun, prawie zapomniałam. Obejrzałam i moim zdaniem jest całkiem całkiem, choć ja lubię takie smaczki jak przejścia, efekty i takie tam. Tego mi w nim zabrakło, no i dużo różnych postaci, które prawdopodobnie mają spełniać rolę Ellen, choć to inne aktorki. Całość wypada dobrze, a moje upadania to już inna sprawa, którą w ogóle nie musisz się przejmować.
    No, ode mnie to tyle w sumie :P
    Pozdrawiam,
    Nieznajoma.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejka, jak zwykle mogłam na Ciebie liczyć, jeśli chodzi o przeczytanie i komentarz, super, wielkie dzięki! <3
    Co do Trevora, to już niedługo poznamy go trochę lepiej bo zaplanowałam dla niego więcej akcji i interakcji ogólnie z ludźmi, bo to taki odludek, że nie masz pojęcia, haha. Muszę go wyciągnąć do ludzi w końcu i odkryć kilka jego sekretów. ;>
    Zadałaś pytanie, czy Ellen, to Ivaso. Odpowiedź to: i tak i nie. To jakby dusza Ivaso, która się odradza w wyniku klątwy, jednak w tym przypadku teraźniejszym, to ta dobra strona Ivaso się odrodziła, ta jej strona z przed prania mózgu. Nie wiem, czy łapiesz, bo ciężko mi to tak w słowa ująć. W opowiadaniu jeszcze kilka razy na pewno będzie to określane i bardziej ujawnione. :) W rozdziale "Dziedzictwo i Mitologia" starałam się bardzo dokładnie to przedstawić. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedzmy to w ten sposób...
      Wiem, że Ellen i Ivaso to w sumie jedność, ale nadal Ellen różni się od niej i one nie do końca jedną osobą. Coś jak... rozdwojenie jaźni? Ciało to samo, ale osoby inne. To nadal nie jest to, co chciałabym powiedzieć, ale uznajmy, że wystarczająco blisko :D No, tak czy siak, my wiemy, że wiemy, że wiemy o co chodzi xd

      Usuń
    2. Rozdwojenie jaźni to idealne określenie! :D

      Usuń
    3. No widzisz, jaka ja zdolna jestem :D XD Wszystko wiem!

      Usuń

© Halucynowaa | WS | X X X