niedziela, 7 stycznia 2018

Rozdział XVI: Znaki Zapytania



Zbliża się listopad, a wraz z nim chłodne wieczory, zimne noce i jeszcze bardziej ponure dni. Krople deszczu powoli zaczynają ustępować miejsca szronom na szybach. Zielone tereny dookoła Redbricks także coraz częściej pokrywa biały mróz. Temperatura spada jak szalona, co zapowiada zbliżającą się zimę. Tęskniąc za upałami, chowam swoją skórzaną kurtkę i wyjmuję z szafy grubszy płaszcz. Zawsze miałam wrażenie, że wyglądam w nim strasznie grubo, ale nie marzy mi się żadne zakupowe szaleństwo.
Wraz z mijającą jesienią dostrzegam, że nie tylko pogoda się zmieniła. Zmieniłam się ja, ludzie dookoła mnie. Czuję, że cały świat, w którym żyję, jest inny, niż ten, który znałam dotychczas. Po tym, jak poznałam prawdę, doświadczyłam strachu oraz niebezpieczeństwa, zostałam uratowana i w końcu poczułam się prawie na pewno szczęśliwa, wszystko się zmieniło. Nie potrafię określić tego słowami, ale czuję, że narodziłam się na nowo, znalazłam w jakiś sposób siebie. Wiem, że brzmi to absurdalnie, biorąc pod uwagę, że mam dwie tożsamości, z czego tej pierwszej wcale nie pamiętam. Jednak, mimo tych rewelacji, świat kręci się dalej. Aż dziwi mnie to, że ludzie dookoła mnie wyglądają tak samo, zachowują się tak samo, chodzą na lekcje, siedzą w salonie przy kominku, jakby nic się nie stało. Taką samą refleksję miałam po śmierci Mary. Tak dużo jest zmian, a ludzie żyją, jakby nigdy nic. Oczywiście nie mówię tutaj o bezpośrednio zaangażowanych. Wiem już, że Ash, Jules, Trevor, Mara, Morgan, oni wszyscy są Klariuszami pod przykrywką. Nie powinnam tego wiedzieć, a Rowleyowi zakazano o tym mówić. Teraz wiem o wiele więcej, niż kiedykolwiek i zaczynam się stopniowo wdrażać w nowy świat i jego reguły. Klariusze mają swoje prawo, swoje paragrafy i dlatego Ash zniknął na jakiś czas po tym, jak pierwszy raz pojawił się Lewal. Musiał zameldować, że coś się zmieniło, że na horyzoncie jest nowe niebezpieczeństwo. Skoro już o tym wspominam, burza nagle ucichła nad Redbricks. Welstor zapadł się pod ziemię. Ash mówi, że to ze strachu, bo stracił swoją jedyną szansę na szpiegowanie i teraz nie wie już, czego może spodziewać się po przeciwniku, więc się ukrywa. Spoglądam na moją szafkę nocną i myślę o pierścieniu, który tam ukryłam. To dzięki mnie, Lewal na razie zrezygnował ze swojej zemsty. Tylko na jak długo? Ja, broń Boże, nie narzekam na spokój. Delektuję się każdą chwilą, w której nie muszę z nikim walczyć, od nikogo uciekać, nikogo ranić w samoobronie. Na razie jest spokój, chociaż podejrzewamy, że to tylko cisza przed burzą.
Niestety nie tylko źli ludzie zaczęli znikać. Po tym, jak Trevor łaskawie pojawił się w moim pokoju i zdjął barierę, która uniemożliwiała mi wyjście na zewnątrz, blondyn zapadł się pod ziemię. Ma w nosie szkołę i zbliżające się testy. Choć wcale nie dziwi mnie jego zachowanie, bo po pierwsze jest dupkiem, a po drugie niepotrzebna mu edukacja, skoro jest stworzeniem z innego wymiaru... Mimo to, że wspomniany dupek może robić, co zechce, to zaczynam się martwić jego nieobecnością. Oczywiście nie dlatego, że go lubię, nic z tych rzeczy. Mimo tego, że mnie uratował, nie zamierzam mu darować jego zachowania, bo nawet nie usłyszałam choćby jednego słowa przeprosin. Nadal pozostajemy w stanie zimnej wojny. Brak Trevora mnie jednak zastanawia i jednocześnie niepokoi. Trevor uratował mi życie, kilka razy był w odpowiednim miejscu i czasie. Bez niego mogłoby mnie już nie być. Jules nie chciała mi wyjawić przyczyny jego wyjazdu. Wszystko wskazuje na to, że po prostu zaszył się gdzieś z dala od nas i ma w nosie, czy coś się wydarzy w Redbricks, czy nie. Spójrzmy prawdzie w oczy, on i ja się nie cierpimy, nie nazwałabym go nawet moim kolegą, ale jednak czuję się nieswojo z myślą, że nie ma go nawet w pobliżu kilku kilometrów... Czyżbym bała się, że nie mam żadnego ubezpieczenia w razie wypadku? Ash nie wie o tych wątpliwościach. Nie miałabym serca mu o tym powiedzieć, biorąc pod uwagę, jak bardzo się stara zapewnić mi spokój i bezpieczeństwo. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna.
Tak, jak wspomniałam, cała ta burza, zawierucha, chaos, który otaczał mnie jeszcze tak niedawno — ucichł. Wszystko się zmieniło, uspokoiło w momencie, gdy byłam przygotowana do walki. Zastanawiam się, co jest źródłem tego stanu rzeczy. Milczenie. To doprowadza nas do szału. Wszyscy czekamy, aż w końcu coś się stanie, coś ruszy z miejsca. Jedna sytuacja potrafi stworzyć cały łańcuch skutków. To tak jak z grą w bierki. Jeden moment sprawia, że nagle wszystko się wali i nikt nie jest w stanie powstrzymać, ani naprawić budowli. Czekamy właśnie na tę chwilę, w której przeciwnik wyciągnie kolejny patyczek. Za rogiem czyha kolejne niebezpieczeństwo, które już zaciera łapska, by skoczyć i znów przygwoździć nas do ziemi. Jak mówi Ash, Lewal nie jest wielkim przeciwnikiem, bo rządzi nim chciwość i pycha, jest aroganckim egoistą i nic nie tego nie zmieni.
Ale już dość o tych negatywnych rzeczach... Każdy wolny od rewelacji dzień przeznaczam na naukę. Z każdym dniem uczę się więcej o tym, skąd pochodzę, kim byłam, kim jestem teraz. Pochłaniam informacje niczym super komputer, staram się zapamiętać wszystko i uważnie słuchać, gdy Ash tłumaczy mi wszystkie oczekiwania wobec mnie.
— Musisz być silna i to trzeba wypracować — mówi pewnie, gdy siedzimy na moim łóżku, a raczej on siedzi, a ja opieram głowę na jego udzie, obserwując, jak krople deszczu spływają po szybie.
— Jak chcesz to osiągnąć?
— Najprostszą drogą. Trening.
Siadam szybko na łóżku i patrzę na niego poważnie.
— Że mam biegać i takie różne? — pytam zaskoczona, błagając w myślach, by żartował.
— Szczególnie 'takie różne'. — Wykonuje rękami ruch wyjęty ze sztuk walki, a ja wzdycham ciężko i znów upadam na plecy.
— Chyba śnię...
— A ja chyba źle słyszę — zauważa kąśliwie. — To, że dałaś radę w tunelach kilka tygodni temu, nie znaczy, że w każdej sytuacji sobie poradzisz bez przygotowania.
Wydymam usta buntowniczo.
— Sądzisz, że nie jestem w stanie sama o siebie zadbać?
— Ellen, ja nie mam zamiaru się z tobą kłócić — mówi łagodnie. — Ja się po prostu martwię i chcę ci pomóc, żebyś była jeszcze lepsza. — Zagarnia moją dłoń i składa na niej pocałunek.
On oczywiście ma kompletną rację, mówiąc, że muszę umieć się bronić. Chcę być samowystarczalna, a nie tylko modlić się, by ktoś przybył i mnie uratował, gdy wpadnę w tarapaty, a wszyscy dobrze wiemy, że prędzej, czy później tak się stanie. Nie chcę być już zależna od ludzi dookoła, nie chcę być niewolnikiem, liczącym na to, że Ash przybędzie na czas, że Trevor wyskoczy z zaskoczenia i wyniesie mnie z pola bitwy. Nie teraz, nie po tym, co przeszłam, co widziałam. Jestem przecież Ellen Prescoth, dziewczyną, która od zawsze była zdana sama na siebie. Teraz okazuje się, że jednak dosłownie, bo każdy, kto mnie otaczał, był tylko przykrywką. Myśleli za mnie, mówili za mnie, obserwowali rzeczywistość za mnie, wsadzili mi cały świat do głowy i takim sposobem nie miałam już nic wspólnego z moją ojczyzną. Teraz to się zmienia. Chociaż najbardziej przeraża mnie fakt, że być może kiedyś będę musiała stawić czoła samej sobie... dawnej sobie.

                                            ~*~    

— Ja już wszystko wiem — mówię na wstępie, gdy drzwi wejściowe otwiera mi ojciec. Ma zdziwioną minę i bez słowa wpuszcza mnie do środka. — Wszystkiego się dowiedziałam, tato. Nie musisz już niczego przede mną zatajać — oświadczam pewnie, siadając przy stole w kuchni.
— Wszystkiego, to znaczy, czego? — pyta niepewnie.
— Ash Rowley opowiedział mi o mnie... o dawnej mnie, o Klariuszach i Termoriańczykach, o tym, że nie jesteś moim prawdziwym ojcem...
— ...Ellen.
Unoszę dłonie do góry.
— Spokojnie, nie jestem, jak te dramatyzujące nastolatki. — Wywracam oczami. — Wiem, że nie jesteśmy biologicznie związani, ale jesteście moją rodziną, ty jesteś moim tatą i kocham cię tak samo. Wiem też o Marze i teoretycznie o tym, co zrobiłam będąc Ivaso — mówię na jednym wdechu.
Ojciec ma poważną minę i wydaje mi się, że lekko mi przytakuje, ale nadal czekam na jakąś jego odpowiedź.
— Dobrze... — mówi w końcu, a ja mam wrażenie, że nie bardzo umie to wszystko przetworzyć. — Ellen, czy masz jakieś pytania?
Zastanawiam się chwilę.
— Czy zawsze traktowaliście naszą rodzinę jak misję? Za każdym razem, gdy bawiłeś się ze mną i z Marą? Podczas każdych urodzin? Przy budowaniu naszego domku na drzewie, czy kupowaniu pierwszego roweru? — pytam z lekkim żalem.
— Chcesz szczerą odpowiedź?
— Tak.
— Nie, nasze życie było... jest czymś więcej niż misją — zapewnia. — Mara faktycznie stała się dla nas jak córka, ty także. Z początku, gdy przynieśli cię, jako niemowlę, myśleliśmy, że będzie bardzo ciężko. Anna wpadła w załamanie nerwowe, bo przerażała ją odpowiedzialność i niebezpieczeństwo, ale z tego wyszła. Sama już wiesz, że do tej pory każde twoje poprzednie życie było obdarzone znamieniem Ivaso, a raczej przekleństwem, bo Ivaso żyła nadal, a Ellen, jaką znamy, nie istniała wcale. W każdym swoim wcieleniu miałaś innych opiekunów i od najmłodszych lat wiedziałaś, że to nie są twoi rodzice, czułaś to i miałaś świadomość, że jesteś Ivaso zesłaną na ziemię.
— Poczekaj, mam pytanie. Czy Ellen-Ivaso w poprzednich życiach na ziemi była bardzo zła?
— Nie była wcieleniem zła, jak w pierwowzorze, ale zachowywała tę nikczemną stronę. Dlatego Anna się bała, że tym razem i my będziemy przechodzić przez to wszystko, co wcześniejsi 'rodzice'. Każdy z opiekunów musi zapoznać się z twoją Kartą Tożsamości i...
— ...Kartą Tożsamości? — przerywam zaciekawiona.
— Tak, z taką kartoteką, w której są opisane twoje wszystkie poprzednie wcielenia na ziemi. To opasłe tomisko... — wzdycha, lekko rozbawiony.
— Jak możesz się z tego śmiać? Przecież to potworne...
Ojciec odchrząkuje.
— Zgadzam się... W kartotece jest lista twoich poprzednich opiekunów — zamyśla się na moment. — Pamiętasz sąsiedzką kolację, którą mama zorganizowała po przeprowadzce?
— Tak — odpowiadam niepewnie, bo nie wiem jeszcze, do czego on dąży.
— Ludzie, którzy przyszli wtedy na spotkanie, to byli twoi poprzedni opiekunowie... — przyznaje ojciec, a ja marszczę czoło, starając się przypomnieć sobie twarze gości. — Oczywiście oprócz ludzi, którzy przyszli z Ashem Rowleyem, to także nie byli jego rodzice. — Otwieram szerzej oczy ze zdumienia. Ciekawa jestem, czego jeszcze nie wiem... — Ten mężczyzna i kobieta przyszli w różnym czasie, by nie wzbudzić podejrzeń.

— Jakich podejrzeń? — pytam zdziwiona. — Przecież wtedy nie miałam o niczym pojęcia.
Ojciec wzdycha.
— Czy w ciągu pobytu tutaj, ktoś przynajmniej raz zarzucił ci, że kłamiesz?
Zmrużyłam oczy, szukając odpowiedzi w moich wspomnieniach. Na myśl przyszło mi tylko jedno imię. Trevor. Pokiwałam głową w odpowiedzi na pytanie taty.
— Ivaso była świetną aktorką, gdy zaczynała rozumieć, że to jej kolejne wcielenie, zaczynała się bawić ludźmi i udawała, że nic nie pamięta. Manipulowała potem innymi, by było wszystko po jej myśli. Ja sam czasem nie byłem pewny, czy przypadkiem nie udajesz w niektórych sytuacjach. Dlatego nie dziw się, że ktoś z wewnętrznego kręgu nie mógł ci zaufać — tłumaczy.
— Rozumiem... — przyznaję, wciąż się zastanawiając. Jak wszystko nagle nabiera sensu... Te dziwne spojrzenia ojca, jakbym była powodem całego zła na świecie, te podejrzliwe pytania matki... Chociaż jedna rzecz wciąż jest niewyjaśniona, a mianowicie, nienawiść Trevora.
— Wracając... Nie byłaś dla opiekunów łatwym orzechem do zgryzienia. Pamiętam z opisów, że dużo kradłaś, biłaś się, kilkakrotnie siedziałaś w więzieniu, czy w zakładach dla obłąkanych, często podkładałaś ogień, to chyba był jakiś konik Ivaso... No i ta gra aktorska.
— Mógłbyś nie mówić o niej, jakbyśmy wciąż były tą samą osobą? Wiem, że tak jest, ale jednak wolę pozostawić jakikolwiek dystans — burczę.
— Oczywiście, przepraszam.
— Czy jest jakaś możliwość, by zobaczyć tę kartotekę? — pytam z nadzieją, że ktoś mi ją udostępni.
— Pieczę nad Kartą Tożsamości sprawuje Aleksyn...
— ...Ten tleniony blondasek?
Robert się śmieje, a ja uświadamiam sobie, że to pierwszy raz od wielu miesięcy, gdy widzę go uśmiechniętego.
— Dokładnie ten. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy możesz mieć do niej dostęp. To pierwszy raz, gdy zdarzyła się amnezja Ivaso. Wszystkie niegdyś ustalone zasady poszły w diabły — wzdycha.
— Ale przecież to książka o mnie! No... dawnej mnie, ale to nie zmienia faktu, że mam prawo wiedzieć!
— Ja cię rozumiem, Ellen. — Podnosi dłonie. — Ale to nie ja podejmuję decyzje.
— Jasne... — burczę. — Jest jakiś sposób, by dostać się do Aleksyna? Chcę z nim zamienić kilka słów.
— W takim razie, zobaczę, co da się zrobić.

~*~

W pewien sobotni poranek w mojej sypialni rozlega się głośne pukanie. Krzyczę od niechcenia, że drzwi są otwarte i do środka natychmiast wbiega Ash Rowley.
— Zobaczyłeś ducha? — pytam rozbawiona, odkładając podręcznik od algebry. — Czy gorzej? — dodaję już poważnie, bo mina Asha nie zwiastuje nic dobrego. Daję mu chwilę na złapanie oddechu. Rowley pada na łóżko obok mnie.
— Wyjmuj tu natychmiast wszystkie swoje pierścionki, naszyjniki, breloczki i całą biżuterię!
Wstaję powoli z łóżka i przyglądam się Ashowi badawczo. Nachylam się lekko, by spojrzeć mu w oczy.
— Czy ty się dobrze czujesz? — pytam rozbawiona. — Zawsze wiedziałam, że lubisz się dobrze ubrać, ale że aż tak? — śmieję się.
Ash wstaje i łapie mnie za ramiona gwałtownie.
— Ellen, to poważna sprawa. Wyjmuj wszystko, teraz!
Marszczę czoło, zdezorientowana.
— Co ty wygadujesz? Ja nic nie mam. Przecież dobrze wiesz, że nie nosze żadnej biżuterii. Nawet nie mam przekutych uszu — burczę. — Co to za pośpiech?
Ash zaczyna chodzić po pokoju, nie patrzy na mnie i wygląda, jakby się nad czymś zastanawiał. Jego policzki są czerwone, jakby długo biegał.
— Przekaźnik, Ellen, pamiętasz? Drzwi nie zdziałały! Przekaźnik! — wykrzykuje bez sensu.
— Poczekaj, Ash... — Podchodzę do niego i uspokajająco łapię go za ramiona, po czym przytulam mocno do siebie. — Uspokój się i powiedz mi od początku.
Rowley odwzajemnił mój uścisk i odetchnął kilka razy głęboko, po czym usiadł na łóżku, a ja usiadłam na podłodze, by móc go dobrze obserwować.
— Wtedy w ruinach, gdy otworzyłaś drzwi i nic się nie stało, pamiętasz? Powiedziałem ci wtedy, że nie masz przekaźnika, dlatego nic się nie stało. Przekaźnik to przedmiot, najczęściej element biżuterii, który ma zaklętą część polluxa. To umożliwia przejście przez portal.
— Dobra, rozumiem, ale o co chodzi?
— Proszę, zaufaj mi. Przypomnij sobie, czy masz lub miałaś kiedyś jakiś wyjątkowy element biżuterii? Cokolwiek. Myśl, Ellen!
Zaczynam gorączkowo szukać w pamięci czegokolwiek. Nic nie przychodzi mi do głowy, bo przecież nigdy nie lubiłam błyskotek. Nie chciałam ich dostawać ani kupować, nic nigdy mi się nie podobało. To zawsze Mara lubiła takie rzeczy... Zaraz, zaraz... Mara?
— Mara dała mi na kilka godzin przed wypadkiem medalion na szczęście. Miałam go w chwili wypadku na sobie.
— Mara? — Ash otwiera szerzej oczy. — Doskonale! Gdzie go masz? — pyta gorączkowo, jakby liczyła się każda sekunda.
— Nie mam...
— Nie masz? Jak to nie masz? — dopytuje zdenerwowany. Napięcie, jakie od niego czuję, udziela się i mi. Czuję, jak pocą mi się dłonie i zdejmuję bluzę, bo mam wrażenie, że nagle zrobiło się przeraźliwie gorąco.
— Nie mam go. Wrzuciłam go do jej grobu na pogrzebie. Bez niej pomyślałam, że stracił swój urok i nie jest mi już potrzebny — wyjaśniam. Ash zawiesza głowę, jakby stracił nadzieję.
Następuje chwila ciszy.
— Ellen, gdzie jest ten grób? — pyta po minucie rozmyślania.
— Niedaleko Newcastle, w Rossdale, tam mieszkaliśmy przedtem.
Ash gwałtownie wstaje z łóżka i bierze moją bluzę, rozkładając ją, bym z powrotem ją włożyła.
— Ale poczekaj, Ash... Po co to wszystko? Jak zwykle wszystko zostawiasz dla siebie. Wyjaśnij mi cokolwiek, proszę.
Ash kiwa głową, zgadzając się ze mną. Rozpościera bluzę i pomaga mi ją włożyć.
— Musisz przejść przez portal ze mną. Musimy natychmiast stawić się w Kryształowych Miastach — mówi śmiertelnie poważnie.
— Co? Przecież jeszcze niedawno nic nie wiedziałam, jak mam teraz tam iść? Dlaczego tak nagle? Co się stało? — Patrząc na jego twarz, moja niepewność rosła. Po okresie spokoju burza wokół nas zaczynała się na dobre, a ja znów widziałam obawę w ciemnych oczach Asha.
— Twoja matka została odnaleziona. Jest w Kryształowych Miastach i natychmiast musisz się z nią zobaczyć.
Cisza.
Otwieram szeroko oczy.
Czuję, że usta także mi się otwierają, jakbym nie miała nad nimi kontroli. Mam wrażenie, że mój mózg właśnie został porażony prądem. Nie mogę się ruszyć. Czuję ogromne ciepło w sercu i zimny pot na skórze. Co się wydarzyło? Gdzie była? W jakim jest stanie? Co z nią będzie? Chcę wykrzyczeć te wszystkie pytania, ale tracę głos.
— Ellen, wszystko dobrze?
Spoglądam w górę i widzę zatroskaną twarz Asha nad sobą. Powoli odzyskuję świadomość. Mam wrażenie, jakbym obudziła się z wielu godzinnej śpiączki, jakby czołg przejechał po mnie kilka razy.
— Jak to możliwe? — szepczę, nie oczekując nawet odpowiedź.
— Ivaso...
— Co powiedziałeś?! — wykrzykuję, odskakując nagle jak oparzona.
Ash patrzy na mnie zdziwiony.
— Nic nie mówiłem...
Znów słyszę szepty dawnej podświadomości...
Nagle potworny ból wdziera się do mojej głowy.
Ktoś do mnie krzyczy, ktoś inny szepcze. Wiele głosów miesza się, tworząc kakofonię chaosu. Ucisk w głowie narasta i sama zaczynam krzyczeć! Łapię głowę, zginam się w pół. Czuję jakieś dłonie na ciele. Ash chce to zatrzymać, ale nic nie poradzi. Padam na ziemię.

~*~

Budzę się, słysząc cichy szum i przenikająca przezeń czyjąś konwersację. Kobiety i mężczyzny. Czuję, że jest mi wygodnie i ciepło, a do moich nozdrzy dociera przyjemny zapach skóry i odświeżacza powietrza. Otwieram oczy i widzę, że obok siedzi Ash ze skupionym wzrokiem, utkwionym w dal. Podnoszę się lekko, bo do tej pory w połowie siedziałam, w połowie leżałam. Jestem w samochodzie.
— Ash? — pytam niepewnie zachrypniętym głosem. — Co się stało?
Rowley odwraca do mnie głowę i w tym samym czasie wyłącza radio, z którego słyszałam ów konwersację.
— Jak się czujesz? — pyta z troską.
— Boli mnie głowa.
Powoli sięgam dłonią w kierunku włosów i czuję, że mam coś na głowie. Czyżbym wyczuwała bandaż?
— Nie zdążyłem cię złapać, gdy upadałaś, przepraszam. Dość mocno uderzyłaś o podłogę — mówi z grymasem na twarzy. Ja krzywię się na samo wspomnienie ataku, który miałam.
— Jesteś głodna albo spragniona?
— Napiłabym się — przyznaję szczerze, a Ash z kieszeni drzwi wyciąga niewielką butelkę wody i mi ja podaje, nie spuszczając w tym czasie oczu z drogi. Wypijam prawie całą zawartość butelki i oblizuję wargi z przyjemnością.
— Jedziemy do Rossdale? — pytam, chociaż doskonale znam odpowiedź. Przekręcam głowę w kierunku tylnej kanapy i widzę na niej dwie, sporej wielkości łopaty.
— Czy ty na serio chcesz odkopać ten grub dla głupiego wisiorka? — w moim głosie słychać kpinę.
— To nie jest głupi wisiorek, Ellen. To przekaźnik. Bez niego nie przejdziesz — tłumaczy zażarcie.
— Skoro mówisz, że jest w nim pollux, to może wystarczy stworzyć nowy przekaźnik? Bo szczerze mówiąc, jakoś nie zachęca mnie perspektywa wykopania jakiegokolwiek grobu, a zwłaszcza Mary...
Ash spogląda na mnie.
— Wiem, ale to jedyne wyjście — mówi pewnie.
Droga bardzo mi się dłuży. W dodatku niebo znów szarzeje i zapowiada się na niezły deszcz, co całkowicie odbiera mi ostatki sił. Myśląc o tym, że za parę godzin będę musiała wykopywać grób mojej zmarłej siostry, by coś wyciągnąć z dna, zaczynam się bać. Ogarnia mnie strach na samą myśl, że muszę wrócić do Rossdale, gdzie zostawiłam całe swoje życie. By nie myśleć o tym wszystkim, postanawiam zagadać Asha na tematy, które mnie od jakiegoś czasu ciekawią.
— Powiedz mi szczerze, jak dawno temu nauczyłeś się jeździć samochodem?
Po długich rozmowach z Ashem wiedziałam już, że nie ma on osiemnastu lat, a jedynie na tyle wygląda. Przez to, że jest Termoriańczykiem jest w stanie żyć o wiele dłużej niż zwykły człowiek. On sam nie chciał mi powiedzieć, ile dokładnie liczy sobie wiosen...
Zastanawia się przez moment, po czym mówi.
— To było jakoś na początku lat pięćdziesiątych, kiedy jeszcze samochody były dość prymitywne.
— Wtedy chyba nie było ich aż tak wiele.
— To prawda, było ich mało, ale ja znalazłem sposób, aby jednego zdobyć. Pamiętam, że był to niebieski Chevrolet Fleetline — uśmiecha się, spoglądając na mnie.
— A co z prawem jazdy? Użyłeś na instruktorze tej samej sztuczki, co Trevor użył na mnie? — pytam tajemniczo. — Nie znalazłam na to jeszcze określenia — śmieję się i patrzę na Asha, w którego kącikach ust pojawiają się zmarszczki, gdy się uśmiecha.
— Bardzo śmieszne. Czy madame nie wie, że prawo to regulamin, którego trzeba przestrzegać, aby móc nazwać się porządnym człowiekiem — mówi, udając francuski akcent. — A tak na poważnie, nie mam takich bajerów w zanadrzu, jak Addington. — Posyła mi oczko.
— Jak to? Dlaczego?
— Addingtonowie to inna liga. Można powiedzieć, że to elita wśród Klariuszy — wyjaśnia, a ja wyczuwam w jego głosie coś na kształt niechęci. — Uważają się za lepszych od innych tylko dlatego, że są wysoko urodzeni i wszystko przychodzi im od ręki — burczy.
— Dlatego tak się nie cierpicie?
— A czy Trevora dla się lubić? — Podnosi brew.
— Trevor, to Trevor, ale Jules? Ona nie jest jeszcze taka zła. — O dziwo, mówię to szczerze.
— Nie znasz ich tak, jak ja. Gdy chcą, umieją być mili, ale tak naprawdę obchodzi ich tylko czubek własnego nosa.
Nie drążę już temat, bo nie chcę, by Ash miał przeze mnie zły humor.
Usypiam znów na kilka godzin podczas jazdy, ale od kilku chwil już nie śpię i korzystam z okazji, że Ash o tym nie wie. Obserwuję ukradkiem Rowleya, mam ochotę po prostu na niego patrzeć i nic nie mówić. Jest w pełni skoncentrowany na drodze, która ucieka pod kołami auta. Jestem trochę obniżona w fotelu, więc mam idealny widok i patrzę na jego poważną twarz i dobrze zarysowaną szczękę z kilkudniowym zarostem. Tak naprawdę, to Ash często jest tak skupiony i teraz wydaje mi się to strasznie zabawne. Zastanawiam się nawet, czy nie bolą go mięśnie twarzy od tego skupienia. W sumie starzy ludzie też tak mają, a w gruncie rzeczy on jest bardzo stary, tylko wygląda, jakby miał osiemnaście lat. Myśląc o tym, trochę mnie ta świadomość przeraża.
— Co masz taką minę? — pyta nagle Ash, który zwrócił uwagę, że już nie śpię.
— Nic, tak sobie rozmyślałam nad czymś...
— Jesteśmy już na miejscu — informuje i odpina pasy.
Z grymasem na twarzy wysiadam z auta, wszędzie jest bardzo ciemno, nawet latarnie uliczne nie dają zbyt dużo światła. Robi mi się niezwykle zimno, więc wkładam szybko płaszcz i zaczynam pocierać dłońmi ramiona.
— Chłodno? — Ash podchodzi do mnie, w dłoniach ma dwie duże łopat.
— Tak — odpowiadam głosem naburmuszonego dziecka. Ash podaje mi jedną z łopat i wolną ręką mocno mnie do siebie przytula.
— Wiem, że to będzie ciężkie. Jestem tutaj przy tobie, jak stwierdzisz, że jednak nie dasz rady, to sam to zrobię, zgoda?
— Zgoda — odpowiadam niepewnie, odsuwając się od niego.
Wiem dokładnie, gdzie jest grób mojej siostry, mimo że minęło tyle miesięcy, krajobraz wokół się zmienił i panowały egipskie ciemności. Ten cmentarz jest najbardziej upiornym miejscem, jakie miałam nieszczęście zobaczyć. Podniszczone nagrobki chylą się ku ziemi, a drzewa straszą swoimi wyschniętymi gałęziami. Wszędzie dookoła czuć niemal morskie powietrze, bijące od położonego niedaleko wybrzeża Morza Północnego. Ten wilgotny odór przyprawia mnie o dreszcze.
Z pomocą latarek szybko znajdujemy nagrobek i Ash szybko zabiera się do pracy.
— Dobrze, że jest usytuowany blisko drzew. To tworzy nam naturalny kamuflaż. — Ash wbija pierwszy szpadel w ziemię.
— Mam nadzieję, że żaden grabarz nie będzie dzisiaj tu stróżował — szepczę i z ogromną niechęcią także zaczynam kopać. Nie chcę tego robić i Ash dał mi wybór, ale nie mogłam go tutaj zostawić samego. Z drugiej strony bałam się zostać sama w samochodzie na dłużej. Jakkolwiek głupio to brzmi, na prawdę, mam swoje powody.
Ash stara się kopać w szybkim tempie, by jak najmniej czasu spędzić na cmentarzu. Ja niestety wymiękłam po kilkudziesięciu minutach. Chcę mu pomóc, ale siły fizyczne mi odmawiają. Stoję nad grobem, świecąc latarką na dół i patrzę, jak Rowley dalej kopie, wywalając ziemię na krawędzi. Staram się nie myśleć, że kilkadziesiąt centymetrów ode mnie znajduje się ciało mojej siostry. Wypieram te myśli, jak najgłębiej się da.
W końcu słyszymy, że łopata Asha uderzyła w coś twardego.
— To tutaj — mówi Rowley i wyciąga do mnie dłoń, bym zeszła na dół. W ziemi, którą Ash właśnie odrzuca do góry, dostrzegam kontem oka, błyszczący kształt.
— Mam go! — Łapieę szybko medalion i wpycham go sobie do kieszeni płaszcza. Rowley odgarnia pozostały piach. Wzrok mam utkwiony w twarzy Asha, która nagle się zmienia. Widzę na niej jakieś zdziwienie.
— Co jest? — pytam niepewnie.
— Spójrz tutaj.
— Naprawdę muszę? — jęczę. — Wiesz, że to ostatni rzecz, jaką chciałabym widzieć.
— Patrz — mówi dobitnie i z zaciśniętymi ustami spoglądam pod nogi.
Otwieram szerzej oczy.
Wieko trumny jest na tyle uchylone, by móc zobaczyć, że w środku nic nie ma. Nie ma ciała.
— Co jest do cholery?... — mruczę pod nosem. Ash końcówką buta odpycha dalej wieko i faktycznie, trumna jest pusta i czysta w środku, jakby nigdy nie była użytkowana. Jestem tak zdezorientowana, że nagle robi mi się słabo i wyciągam rękę w kierunku ramienia Asha. On mnie łapie i podtrzymuje. Czuję, że w głowie mi wiruję i tracę zupełnie zmysł równowagi, jakby nagle moje nogi były z waty.
— Dlaczego ta trumna jest pusta? — szepczę niewyraźnie i razem z Ashem wspinam się na powierzchnię. — Czy ona naprawdę jest pusta? — pytam Asha, jakbym sama już nie wiedziała, co jest prawda, a co mi się tylko wydaje. Widzę kontem oka, że Rowley kiwa głową. Siadam na mokrej trawie i wlepiam wzrok przed siebie, nie wiedząc nawet, na co dokładnie patrzę.
— Czy ktoś ją wykradł? — pytam już pewniej, gdy po chwili odzyskuję język w gębie.
— Nie wydaje mi się, trumna jest czysta, jak nowa. Nikt jej nie używał.
— Czy to oznacza, że...
— Mara może nadal żyć.


Znalezione obrazy dla zapytania CEMETERY TUMBLR GIF




Wracam po prawie pół rocznej przerwie! Nowy rok, nowe NSS! 

Tylko pytanie, czy w ogóle ktoś jeszcze tutaj zagląda? 


Zapraszam na mojego wattpada, gdzie znajdziecie moje inne opowiadania - https://www.wattpad.com/user/nielivka








© Halucynowaa | WS | X X X