środa, 21 czerwca 2017

Rozdział XIV: Bez Wyjścia



Czuję chłód kamiennej posadzki i nie mam pojęcia gdzie jestem. Co się ze mną stało? Rozbudzam się na tyle, że mogę usiąść. Jednak ból, który czuję jest na tyle nieznośny, że nie ruszam się z miejsca. Ręce i nogi mam związane grubymi przewodami, które wyglądają jakby były zrobione z metalu. Opieram czoło o kamienną ścianę. Powoli przypominam sobie bieg wydarzeń. Układam w głowie ostatnie obrazy, które zobaczyłam i dźwięki, które dobiegły moich uszu zanim opadłam całkowicie z sił. Gwałtownie łapię się za brzuch. Odsłaniam ubranie. Nadal boli mnie to miejsce, jednak po ranie została tylko zaschnięta krew. Na skórze jest kilka fioletowych plam.
 —  Lewal! —  mój wrzask toczy się głośnym echem po pomieszczeniu. Chociaż w sumie... To jest trochę nieprzemyślane. Nie chcę przecież głośno dać znać, że już się ocknęłam. Nie wiadomo kto mógłby się wtedy zjawić i co mi zrobić. Jestem bezbronna i obolała. Nie dam sobie rady z żadnym przeciwnikiem. Odwracam się na drugi bok i w tej samej chwili z kieszeni moich spodni wypada pierścień, który zabrałam Lewalowi. Nie wiem po co to zrobiłam. Może myślałam, że okaże się jakąś bronią? Jakkolwiek głupio to brzmi, pierścień bronią? Zaczynam mieć paranoję. Chociaż po nim można się wszystkiego spodziewać. Chowam go z powrotem do kieszeni spodni. Może jeszcze mi się przyda. Odwracam głowę, bo słyszę jakiś hałas za potężnymi drzwiami. To nie wróży nic dobrego. Co jeśli to ci ludzie porwali moją matkę? Wzdrygam się na samą myśl. Jednak jeśli to jest prawda?... Może uda mi się ją znaleźć, gdy już jakimś cudem się stąd wydostanę? Rozglądam się dookoła, znajduję się w starej celi, która wyglądała jak ze średniowiecznego więzienia. Gdzie ja do cholery jestem?! O ile mi wiadomo w pobliżu Redbricks nie ma żadnych fortec, czy zamczysk. Związana nie mam żadnych szans, aby obronić się przed napastnikiem. Co mogę w takiej sytuacji robić? Tylko czekać na nieuniknione?... Czy Lewal chce mnie zabić? Odkąd dowiedziałam się całej prawdy na temat mój i mojej rodziny, nic nie jest już pewne, czy bezpieczne. Przekonałam się, że to, w co wierzę jest kłamstwem. Mój świat jest fikcją, ja jestem fikcją. Nic nie pamiętam z wcześniejszego życia. Lewal dobrze o tym wie, sam to przyznał w trakcie rozmowy z Ashem, gdy pierwszy raz go zobaczyłam. On doskonale wie, że nie mam przecież żadnych ważnych informacji.
 Otwierają się ciężkie drzwi, a skrzypniecie rozbrzmiewa donośnie po małej celi. Zwracam przerażony wzrok na przybysza.
 — A więc ty jesteś Ellen... Kolejne wcielenie naszej drogiej pierworodnej. Cudownie — słyszę gruby, zachrypnięty głos. Człowiek, który do mnie mówi jest podstarzałym mężczyzną z potarganymi kłakami na głowie i twarzą pokrytą licznymi bliznami. Po chwili czuję, że brutalnie unosi mnie do pozycji siedzącej. Syczę z bólu. Patrzę w twarz mężczyzny, który teraz pochyla się nade mną. Dyszy ciężko, a odór który wydobywa się z jego ust, przyprawia mnie niemalże o zawroty głowy. Wzdrygam się mimowolnie, ale robie groźną minę. Może jakkolwiek zdołam wywrzeć na nim wrażenie niebezpiecznej. Nagle wydaje mi sie, że telefon zaczyna wibrować w mojej kieszeni, nie chcę, aby ten facet się o tym dowiedział. Cholera! Dobrze byłoby komuś dać znać, że zostałam porwana. Chociaż nie wiem, co wydarzyłoby się, gdyby ten typ dowiedział się o telefonie. Moja jedyna nadzieja na wysłanie sygnału SOS przepadłaby na dobre. 
 —  Zajmę się tobą... — komunikuje obleśnie mężczyzna, który najwyraźniej nic nie słyszy. Zaczynam czołgać się do tyłu, by znaleźć się jak najdalej od faceta. Mam nadzieję, że nie ma w planach zrobić tego, czego najbardziej się obawiam. 
Nagle cały obraz się zamazuje. Odpływam gdzieś daleko. Jestem zdezorientowana, ale nic nie mogę poradzić. Czuję się, jakbym właśnie traciła przytomność, ale to nie jest do końca te uczucie, które przecież często mnie nawiedza ostatnio. Teraz mam wrażenie, że jestem hipnotyzowana. Ulegam temu nowemu doświadczeniu, a przed oczami pojawiają mi się nowe obrazy, jakby ktoś wciskał mi je specjalnie. To jak sen na jawie, mimo tego, że oczy mam zamknięte. Jednak z drugiej strony, wciąż czuję, że ten obleśny facet sadza mnie na jakimś krześle. Co się dzieje? Chcę się obudzić z tego otępienia. Ale zaraz... Widzę Asha w internacie... Jakim cudem to widzę, skoro tkwię w lochu? Nie pozostaje mi nic, tylko zatracić się w tych obrazach.

  Ash stoi przy drzwiach do mojego pokoju w Redbricks. Znajduję się dwa kroki od niego. 
— Ash! Słyszysz mnie?! — On jednak nie zwraca uwagi, jakbym była duchem. Podbiegam szybko do niego i łapię za ramię, by dać znać o swojej obecności. Moja ręka jednak przechodzi przez jego ciało. Czyżbym już umarła i nawet o tym nie wiem? Nie, to niemożliwe. Nie jestem, jak Malcolm Crowe z Szóstego Zmysłu, na pewno nie! Sprawdzam jeszcze kilka razy, jednak tak, jak przedtem, nikt mnie nie zauważa. Przerażona, postanawiam więc obserwować sytuację. Ash wciąż puka do drzwi sypialni, jednak nikt mu nie otwiera. Zaczyna się poważnie denerwować. Teraz już wali w drewno uporczywie, ale drzwi są zamknięte na cztery spusty.
—  Co jest, do cholery? — warczy. Wyjmuje telefon i wybiera mój numer. Szybko łapię się za kieszeń, jednak nie mam już przy sobie komórki. Obserwuję Asha, który czeka cierpliwie, aż wszystkie sygnały przeminą i włączy się automatyczna sekretarka. 
— Ellen, nie bądź zła za wczoraj! — jęczy, myśląc, że jestem po drugiej stronie drzwi. Ash, mnie tam nie ma! Porwali mnie! To twój kuzyn, Lewal jest we wszystko zamieszany, znajdź go! Moje jęki jednak są na nic. On mnie nie widzi. To wszystko musi się dziać równolegle. Ash jest w Redbricks i mnie szuka, a ja tkwię w jakiejś obślizgłej celi. Chwila, moment... Czy to możliwe, że moje ciało jest teraz w...  Termorze? Przełykam gulę, która ściska moje gardło od kilku chwil. To jest bardzo prawdopodobne. Lewal miał stać się moim mężem, ja się na to zgodziłam... to znaczy, Ivaso się zgodziła. Miała go uczynić drugim najpotężniejszym termoriańczykiem na tamtym świecie. To logiczne, że Lewal będzie próbował za wszelką cenę odzyskać Ivaso. Albo zmusi mnie, bym stała się jego żoną... Kręci mi się w głowie, chociaż przecież jestem w Redbricks tylko mentalnie. 
Nagle widzę, że Ash rezygnuje z pukania do drzwi i mrucząc coś pod nosem, odchodzi. Idę za nim i staram się odwrócić jakoś myśli od tematu ewentualnego ślubu pod przymusem i całego Lewala. Ash w drzwiach do kantyny zderza się z biegnącym Trevorem. 
— Uważaj, jak chodzisz, Rowley — warczy blondyn, a na jego twarzy maluje się grymas. Ash posyła mu tylko wrogie spojrzenie i wchodzi do kantyny. Jednak zaraz odwraca się do Addingtona, który już zaczyna oddalać się w swoją stronę.
— Nie widziałeś dziś Ellen?
Zdołowany ton głosu Asha najwyraźniej przykuwa uwagę Trevora i blondyn zaczyna zawracać.
— Zgubiłeś ją?!
— Nie naskakuj na mnie, dobra? 
Widzę jak twarz Trevora staje się napięta. Widzę w jego oczach złość.
— Dobrze wiesz, że gdy my jej nie pilnujemy, to twój obowiązek. 
—  Sprawy się skomplikowały. Ellen wie o wszystkim. Nie mogłem jej już dłużej okłamywać! — Ash podnosi głos, bo Trevor właśnie szarpnął go za kołnierz, ale Rowley szybko się uwolnił. Teraz patrzą na siebie z równie wielką niechęcią.
— Ty, idioto! — Trevor jest rozwścieczony. Nigdy nie widziałam go w takim stanie, nawet, gdy był zły na mnie. — Jak mogłeś do tego dopuścić, przecież teraz... Ona...
— Spokojnie. Ona jest inna, niż ci się wydaje. Sam byłem zdziwiony, że tak dobrze to przyjęła. Tylko, że... Od dwóch dni nie mam z nią kontaktu. — Szczęka Trevora znacznie się wyostrza. Blondyn zbliża się o krok i w jego oczach widzę, że zaraz rzuci się na Asha. — Uspokój się, Trevor. Musimy teraz ją znaleźć. To jest najważniejsze!
Ash odchodzi od blondyna i kieruje się do kantyny. Addington sprawia wrażenie dzikiej bestii, która za wszelką cenę chce coś rozedrzeć na strzępy. Jednak również i on idzie w ślady Rowleya. Obserwuję, jak oboje przedzierają się przez tłum uczniów Redbricks. Jednak to Trevor pierwszy dociera do stolika, przy którym widzę zamyślonego Victora Wenholma. Kontem oka spostrzegam, że Ash znajduje w tłumie Curt i coś do niej mówi. Podbiegam i staję jednak obok Victora. 
  — Witaj, Wenholm! — zaczyna na pozór beztrosko Trevor, po czym, zwraca na siebie uwagę Victora. — Gdzie jest Ellen? — w jego głosie słyszę wręcz groźbę na kształt "jeśli nie powiesz, to już po tobie". 
— Niby skąd mam to wiedzieć? — Wenholm podnosi wrogie spojrzenie na blondyna.
— Widziałeś ją dziś?
— Może tak, a może nie... — odpowiada beznamiętnie, rzucając mu wrogie spojrzenie i zaczyna ponownie dziobać widelcem w talerzu. Ze sposobu w jaki rozmawiają, mogę się założyć, że Victor nie lubi, gdy Trevor się ciągle rządzi i pragnie mu sprzedać przysłowiowego pstryczka w nos. Obserwuję tę konwersację z zainteresowaniem i otwarcie kibicuję Victorowi w tym starciu.
— Słuchaj, dzieciaku — Trevor patrzy na niego wręcz z obrzydzeniem — albo mi powiesz gdzie jest Ellen, albo wymuszę od ciebie tę odpowiedź! — unosi głos. W kantynie robi się ciszej i kilkanaście par oczu odwraca się w naszą stronę. Do stolika podbiega w końcu Ash.
— Nie możesz mu nic zrobić, bo dostaniesz dyscyplinarkę, Addington — odzywa się dobitnie Ash, stając za plecami blondyna. Trevor zbliża się do niego o krok.
— Uważaj, żebyś niczego zaraz nie pożałował... — szepcze blondyn z groźbą w głosie. — Więc widziałeś ją? — zwraca się ponownie do Victora.
— Wczoraj rano wychodziła na autobus do Middleham — warknął nastolatek —Wydawała się być zdenerwowana, ciągle się rozglądała na boki. Może pokłóciła się z Curt? Nie wiem. 
— Ellen pokłóciła się z Curt? — Zastanawia się na głos Ash. Trevor przewraca teatralnie oczami.
— Ach te problemy młodości... — warczy sarkastycznie. — A ta cała Curt?
— Była tutaj jeszcze przez chwilę, ale chyba już wyszła — odpowiada mu Rowley, który przecież się z nią widział kilka chwil temu.
— Gdzie wyszła? — naskakuje Trevor.
— Nie wiem! Przecież nie chodzę za nią non stop — rzuca Ash z wyrzutem. 
— A powinieneś. — Trevor patrzy na niego groźnym wzrokiem. Wystarczy tylko jeden impuls, jedno słowo, aby w mgnieniu oka zaatakowali się nawzajem. Oni oboje nienawidzą się dokładnie tak samo, jak Ash nienawidzi Jules. Widzę to wyraźnie. 
— Idę sprawdzić przed szkołą. Dużo ludzi teraz wyszło na zewnątrz — informuje Rowley, ale blondyn ma gdzieś jego słowa. Addington odwraca się szybko i wychodzi z kantyny. Idę za Trevorem, bo nie wiem czego mogę się teraz po nim spodziewać. Ash rozmawia jeszcze chwilę z Victorem i potem także wychodzi. 
Gdy docieram do internatu, widzę, że Trevor wali w drzwi dopóki Curt się nie pojawia. Moja współlokatorka jest bardzo rozkojarzona, widząc blondyna na swoim progu. Tym bardziej, że chyba nigdy z nim nie rozmawiała.
— Co ty tutaj...
— Gdzie jest Ellen?! — podnosi głos niecierpliwie. Curt przygładza czarne loki. Po jej twarzy wnioskuję, że się zastanawia. Jednak po dłuższej obserwacji mam wrażenie... Czyżby przed chwilą płakała? Ma spuchnięte oczy, a na jej policzkach i powiekach widać pozostałości po makijażu. Trevor patrzy na nią z politowaniem. Nie jest mu jej jednak żal. Na pewno nie. Chciałabym teraz podejść do niej i zapytać, czy wszystko w porządku. To dla mnie nowość. Curt nigdy jeszcze nie płakała w internacie. Przynajmniej ja tego nie widziałam. Co się stało?
— To gdzie ona jest?
— Skąd mam wiedzieć? — pyta obojętnie Curt, pociągając nosem.
— No nie wiem... Może dlatego, bo Victor mówi, że się pokłóciłyście.
— Victor?... — Curt jest wyraźnie rozkojarzona tym, co słyszy. — Nie pokłóciłam się z nią. Ellen nie wróciła dziś na noc. Nie wiem gdzie jest.
— Co? — Jego twarz wyraźnie blednie. — Głupia dziewucho, gdzie ona jest?! — Furia Trevora sięga już zenitu. Kim on jest żeby tak odzywać się do mojej przyjaciółki?! Najchętniej bym go teraz przygwoździła do ziemi i wytargała za te tlenione kudły!
— Nie powiem ci, bo nie wiem gdzie ona jest! — wrzeszczy zdenerwowana i zamyka mu drzwi przed nosem.
    — Cholera! — warczy i uderza pięścią w drzwi. Odwraca się i odchodzi. 
— Masz coś? — pyta Ash zdyszany, gdy dołącza do Trevora w żeńskim internacie.
—  Ani śladu! —  Trevor także niemalże dyszy, jednak nie ze zmęczenia, a ze złości.
— Może po prostu zaszyła się gdzieś, przede mną i  nie chce być znaleziona? —  myśli Rowley na głos. Trevor rzuca mu zainteresowane spojrzenie. Oboje wychodzą z budynku sypialnego i podziemiami kierują się do części męskiej internatu. 
— Coś ty jej nagadał, Rowley? 
— Powiedziałem prawdę, ale nie mogłem dokończyć... — wzdycha. — Poleciłem jej, by poszła do biblioteki po książkę.
— ...Aleś ty głupi — przerywa mu Addington, gdy wspinają się po schodach do internatu. Jestem tuż za nimi. Słyszę nagle wibracje telefonu. Ktoś dzwoni do Asha. Ten wyciąga telefon i wszyscy na moment stajemy na schodach. Na wyświetlaczu widzę swoje imię. Czy to możliwe, że wszystko dzieje się równolegle? Ash i Trevor sztywnieją.
—  No odbierz to, idioto! — nakazuje blondyn i już wyciąga dłoń, by wyszarpnąć mu telefon. Ash jednak w tej samej chwili podnosi komórkę do ucha.
—  Włącz głośnik — dyryguje Trevor. Ash posyła mu tylko grymas i przełącza na tryb głośnomówiący.
— Ellen? Wszystko w porządku? — pyta z ulgą, że się w końcu odzywam. Tylko, że ja z nim nie rozmawiałam w celi...
— Ash, mój drogi — słyszymy w odpowiedzi głos, który niewątpliwie należy do Lewala. — Cieszę się, że słyszę twój słodki głosik! — mówi ze sztuczną radością.
— Gdzie jest Ellen?! — grzmi Ash w furii. Tym razem to po nim nie spodziewałam się takiej wściekłości.
— O to się nie martw. Wszystkim się zająłem. — Słyszę swoje własne wrzaski po drugiej stronie połączenia. Jak to możliwe? Przecież nic nie czuję. Jestem w Redbricks tylko myślami. Hałas jednak po chwili cichnie na tyle, że nie mogę rozszyfrować  swoich własnych słów. Ash porusza się niespokojnie. Na jego twarzy widać zaniepokojenie. Patrzy ślepo przed siebie. Nagle Trevor dołącza się do rozmowy.
— Ty sukinsynie! Znajdę cię i z przyjemnością oderwę ci twój łeb od reszty nędznego ciała! — wrzeszczy blondyn, a jego głos odbija się echem od ścian wąskiej klatki schodowej.
— Na to właśnie liczę — odpowiada subtelnym głosem Welstor. — Ash, jeśli chcesz, żeby twoja dziewczyna wyszła z tego cało, to przyjdź do drewnianego domku dwadzieścia kilometrów za miastem, na skraju lasu Caulfield.
Gdy Lewal się rozłącza, Ash w furii rzuca telefonem o ziemię, a ten roztrzaskuje się pod wpływem uderzenia. 
— Znajdę cię i zabiję! — wrzeszczy Rowley, jednak jego słowa nie dosięgają adresata. Ash natychmiast zaczyna biec po schodach na górę, by dostać się do najbliższego wyjścia z budynku.
— Co chcesz zrobić? — Trevor depcze mu po piętach. Ja ledwo dotrzymuję im kroku.
— To nie twój interes, Addington. Nie wtrącaj się. Sam muszę się tym zająć. 
Dziwię się, ale Trevor faktycznie odpuszcza i nie wsiada z Ashem do samochodu Mam wrażenie, że w jego głowie gotuje się już całkiem inny plan na odnalezienie mnie. Jak zwykle w jego przypadku, intuicja nie podpowiada mi niczego dobrego. Obserwuję, jak granatowa honda accord znika z parkingu i w tym samym momencie czuję przenikliwy ból na ciele. Zginam się w pół sycząc i jęcząc. Oddalający się już Trevor niczego nie słyszy, bo przecież jestem niewidoczna. Zgrzytam zębami i upadam na kolana, a pył dookoła wzbija się w powietrze. Nagle obraz zaczyna się rozmazywać, zachodzi mgłą, jakbym oddalała się od tego miejsca w bardzo szybkim tempie. Zaczynam odczuwać zawroty głowy, a ból na całym ciele się wzmaga. Jęczę coraz głośniej, ale to nadal nie zwraca niczyjej uwagi. W końcu, obrazy całkiem mi się mieszają, jakby ktoś nakładał na siebie kilka kanałów telewizyjnych. Zaczynam wrzeszczeć! Teraz moje ciało dosłownie płonie z bólu. Otwieram oczy i widzę, że znów jestem w celi. Tym razem siedzę przykuta do potężnego krzesła, a ciężkie łańcuchy okalają moje kostki i nadgarstki. Mam ochotę tym wszystkim potrząsnąć, zeskoczyć z wysokiego krzesła i uciec. Moje ciało jednak zajmuje tak wielki ból, że mam w sobie siłę tylko by krzyczeć. 
— Harsh, zakryj jej usta, żeby się tak nie darła — warczy Lewal do śmierdzącego człowieka z twarzą pokrytą bliznami. Dopiero teraz, gdy mój wzrok się wyostrza widzę, że nie znajduję się na zwykłym krześle. Jest to niejako klatka, do której w różnych miejscach są przyczepione sztylety wymierzone wprost we mnie. Jeden niewłaściwy ruch i któreś z ostrzy przebije moją skórę. Czuję jak zalewa mnie zimny pot. Lewal najwyraźniej chce użyć tego ustrojstwa, gdy będę sprawiała kłopoty. 
Harsh rozmawia jeszcze przez chwilę z Lewalem. Nie skupiam się jednak na usłyszanych słowach, bo zauważam, że jeden ze sztyletów nie jest dość dobrze przymocowany. Korzystając z okazji, jedną ręką, staram się go dosięgnąć i w jakiś sposób odczepić. Drut, za pomocą którego przymocowano sztylet jest poluzowany. Szybko udaje mi się go zagarnąć i schować pod udo.
Za chwilę Lewal wychodzi z celi. Harsh wyjmuje z kieszeni jakąś szmatę.  Podchodzi do mnie. Nadarza się okazja, by jakkolwiek osłabić przeciwnika. Harsh chce zakryć mi usta, abym nie wydawała z siebie żadnego dźwięku. W jednej chwili, z całej siły wbijam w jego bok ostrze. Mężczyzna odskakuje i zaczyna syczeć, od razu łapie dłonią za zranioną miejsce. Patrzę lekko wstrząśnięta na szybko wyciekającą ciecz. Przypomina mi się, jak sama leżałam w kałuży krwi. Zmuszam się do racjonalnego myślenia. Robię to, by się uwolnić, by uciec! To przecież moja ostatnia i jedyna szansa. Jeśli mi się uda, to uprzedzę też Asha, aby nie wpadł w pułapkę. Wzbiera nagle we mnie ogromna wściekłość na Lewala, który to wszystko ukartował. Jakimś cudem, pod wpływem gniewu udaje mi się wyswobodzić z misternego krzesła i na czworakach docieram do leżącego na ziemi Harsha. Mężczyzna nadal jęczy, chociaż robi to już ciszej. Znajduję w jego kieszeni klucze i wyswobadzam się z ciężkich łańcuchów. Wyjmuję też sztylet z ciała mężczyzny. Wstaję i spoglądam na niego, potem na ostrze, które trzymam. Kałuża krwi jest już ogromna. Musiałam trafić w mocno ukrwione miejsce. Powtarzam sobie, że wszystko zrobiłam w obronie własnej.
Otwieram drzwi i słyszę, że mnóstwo ludzi biegnie już ku mnie, aby udaremnić tą ucieczkę. Chcę być szybsza. Chociaż moja przewaga jest znikoma. Rozglądam się w obie strony. Długi, ciemny korytarz ciągnie się po prawej, jak i po lewej stronie. Wszystko wygląda jak kamienne więzienie, które zostało wykute w grocie. Na lewo musi być wyjście, bo słyszę ludzi biegnących w moi kierunku. Po prawej cisza. Jest tylko jedna opcja — uciekać na prawo. Nie mogę przecież wpaść w samą paszczę lwa. Ci ludzie mogą mieć broń, która z łatwością by mnie sprzątnęła na dobre. 
Biegnę, co tchu. Wszędzie jest tak ciemno. Potykam się i upadam na kamienną podłogę. Syczę, bo moje ciało same w sobie jest poobijane. Utrata równowagi i spotkanie z podłożem niczego nie ułatwia. Nie poddaję się i dalej błądzę w korytarzach. Za każdym razem, gdy trafiam na rozgałęzienie dróg, gubię się ponownie. Tracę sporo czasu w tej plątaninie. Gdzie jest Ash? Czy wszedł już do tuneli? Może leży okaleczony gdzieś w czarnej celi, tak jak ja kilka minut temu? Nie wiem, co robić. Jedyną ucieczką jest korytarz przede mną. Tracę nadzieję, że znajdę kiedykolwiek jakieś wyjście. Mam wrażenie, jakby minęły wieki odkąd tutaj jestem. Pocieszające jest tylko to, że hałas tropiących mnie ludzi praktycznie ucichł. Idę dalej. 
Nagle natrafiam na ostry zakręt. Zatrzymuję się gwałtownie. Na końcu widzę światło! Jasne, dzienne światło słoneczne. Muszę być w tych tunelach ponad dwadzieścia cztery godziny.  Zaraz, zaraz... Mrużę oczy. Jasność jest tak oddalona, że na początku nie dostrzegam ciemnego kształtu. Tam ktoś jest! Stoi i z pewnością już mnie zauważył. Zalewa mnie paniczny strach. Lewal okazał się być sprytniejszy. Teraz zrobi ze mną co zechce. Nie mogę zawrócić z powrotem do tuneli. Nie ma takiej opcji! Jedyną szansą na ucieczkę, jest stawienie czoła człowiekowi na końcu korytarza. Cofam się o kilka kroków, ściskając w pogotowiu ostrze. Ruszam do ataku. W szybkim tempie zbliżam się do człowieka. Zaciskam pięści i jestem gotowa rzucić się na Lewala. W jednej chwili czuję, że jego ręka łapie moją dłoń z ostrzem i odpycha mnie. Nieoczekiwanie siła jest tak duża, że uderzam o przeciwległą ścianę. Co do cholery?! Wszystko dzieje się w mgnieniu oka. Upadam na ziemię. Obraz się zamazuje i nagle robi się bardzo ciemno. Ponownie mentalnie udaję się w inne miejsce.


~*~

— Ellen? — woła, a echo jego głosu niesie się w dal. Jestem w tunelach i obserwuję, jak Ash rozgląda się na boki. Przyszedł po mnie, ale nic nie znajdzie. Da tylko złapać się w pułapkę, a ja nie jestem w stanie nic zrobić... 
Słyszymy szmer i Ash odwraca się. Za jego plecami stoi Lewal z wrednym uśmieszkiem. Natychmiast znienacka uderza Rowleya w głowę, a ten zaskoczony, zatacza się i upada. Nie! Lewal chyli się ku niemu i sprzedaje mu wiele kopniaków. Co ty wyprawiasz?! Zostaw go! Patrzę na tego potwora z wściekłością i mam ochotę rzucić się na niego, by poczuł to samo, co Ash! Widzę, że zaraz potem pojawia dwóch innych facetów i podnoszą Asha, by zanieść go w im znane miejsce. Od razu idę za nimi.
Rowley budzi się po kilkunastu minutach. Siedzi na tym samym krześle, które wcześniej sama zajmowałam. Stoję w progu celi i doskonale widzę całą scenę. Ash porusza głową w prawo i w lewo, od razu krzywi się. Na pewno czuje silny ból. Patrzy w dół i widzi, że po jego nagiej klatce piersiowej spływa krew. Sługusy Lewala rozdarli jego ubranie, by zadać mu wkrótce większy ból
Ash warczy wściekle, gdy widzi, że Lewal wchodzi do celi.
— No i co teraz zamierzasz zrobić? — głos Asha jest przepełniony nienawiścią. Lewal siedzi na krześle obok i przypatruje mu się w skupieniu.
— No nie wiem... powbijam w ciebie kilka ostrzy, wystawie na działanie czystego polluxa... Może oba naraz? — odpowiada z diabolicznym uśmieszkiem na twarzy. Jakimś cudem udaje mi się przełknąć gigantyczną gulę w gardle. Z coraz większym napięciem obserwuję całą sytuację.
— O co ci chodzi? Czego ode mnie chcesz? — pyta wrogo Ash.
— Działam w słusznej sprawie.
— Jakiej sprawie? W co ty się bawisz? — Rowley mruży oczy.
Lewal wstaje, przez cały czas patrzy Ashowi w oczy. Z każdą chwilą na jego twarzy pojawia się większy i bardziej ironiczny uśmiech. On chyba sądzi, że już wygrał. Nie do wiary! Liczę na jakiś cud, że ktoś zaraz zjawi się, by pomóc Ashowi. Może to będę nawet ja sama w swoim cielesnym wydaniu? Proszę, ktokolwiek... 
Lewal wyjmuje z kieszeni jakąś małą fiolkę z jaskrawo żółtą substancją. Odkręca korek i przenosi ją nad Rowleya. Gwałtownie wylewa trochę płynu wprost na jego głowę. Ash syczy w furii i zaciska zęby.
— Pożałujesz tego! — warczy.
Lewal musiał właśnie użyć polluxa w płynnej postaci. Nie wiem, czy coś takiego w ogóle istnieje, jestem przecież w tym nowa. Wygląda na to, że pollux bardzo szkodzi Ashowi, który przecież jest fizycznie Termoriańczykiem. 
— W końcu trafiłeś w moje łapska, Rowley. Myślałeś, że przez wieki uda ci się utrzymać bezpieczną posadkę u Klariuszy? — syczy Lewal i zaraz potem wbija w nagi tors Asha pierwszy sztylet. Rowley wrzeszczy. Po jego skórze spływa czarna krew. Pierwszy raz widzę coś takiego. Gdy po kilku chwilach Ash nadal się nie odzywa, kolejny sztylet zostaje utkwiony w jego ciele. Lewal patrzy na to niemalże z lubością. Kolejnym ostrzem nacina jego skórę i krew tryska z ran. Ash dyszy resztkami sił. Widzę po nim, że chce być nieugięty, nieustraszony, ale ledwo daje już radę. Nie chce dopuszczać do siebie możliwości porażki. Przecież nie może się poddać! Mam nadzieję, że on także to wie i w to wierzy. Na jego twarzy widnieją rany, jakby został czymś poparzony. To na pewno ślady po polluxie.
— Milczysz... — zastanawia się Lewal. — To zły znak. Może chcesz w ten sposób poprosić o większą dawkę? — pyta z wrednym uśmieszkiem. — Twoja prośba jest dla mnie rozkazem! — woła, śmiejąc się, jakby faktycznie spełniał jego prośbę z największa przyjemnością. Podchodzi do Asha i wbija w jego ciało kolejne ostrze. Rowley zaciska powieki i wyje z bólu. Ten dźwięk cieszy Lewala, który uśmiecha się do granic możliwości. Moje przerażenie na moment oddala się i teraz jego miejsce zajmuje furia, chęć powalenia Welstora na ziemię i rozerwania go na strzępy! Nic jednak nie mogę zrobić. Czuję ucisk w gardle i łzy napływają mi do oczu. Mój wzrok staje się zamglony, ale nie jest to tylko zasługa łez. Czuję, że znowu odrywam się z tego miejsca. Wracam do siebie.


~*~

Budzę się, a do moich nozdrzy dociera intensywny zapach jakichś kwiatów. Jest bardzo przyjemny i słodki. Czuję się bezpiecznie. Nie ma już żadnego bólu, ani zmęczenia. Wszystko o czym myślę, to piękny zapach i ciepło koca pod którym leżę. Otwieram oczy, nade mną jest tylko biały sufit. Odwracam głowę i za oknem, jak zwykle widzę zachmurzone niebo. Rześkie powietrze wpada przez uchylone okno, do mojego internatowego pokoju, ale nie maskuje woni kwiatów, które stoją na szafce nocnej. Zaraz, zaraz... Kwiaty? W moim pokoju? Jestem zdezorientowana. Nie przypominam sobie, bym wieczorem widziała tutaj jakieś kwiaty. Odwracam głowę w drugą stronę i widzę, że ktoś siedzi na krawędzi łóżka. Wszystko zaczyna do mnie wracać... Tunele i tortury Asha... Mam wrażenie, że cały ten horror rozegrany w podziemiach jest kolejnym pokręconym snem. Wręcz mam taką nadzieję. To oznaczałoby, że Ash jest bezpieczny, że siedzi w swoim pokoju, albo szlaja się gdzieś na terenie Redbricks z Victorem. Gwałtownie podnoszę się do pozycji siedzącej. Myśli zaczynają galopować z podwójną szybkością. Muszę znaleźć Asha! 
Zwracam oprzytomniały już wzrok na Trevora, który siedzi na skraju łóżka. Patrzy prosto na mnie swoim zimnym spojrzeniem, jednak tym razem, nie widzę w nich nienawiści. 







© Halucynowaa | WS | X X X